Bądź na bieżąco! :)

HOŁ HOŁ HOŁ

Są takie filmy, które ogląda się z ogromną przyjemnością. Podnoszą na duchu, wprawiają w dobry nastrój. Po skończonym seansie ma się jednak wrażenie, że oglądało się nie film a bajkę, a zderzenie z rzeczywistością jest dość bolesne. Na jakiej bajce byłam? Listy do M. 3 – trzecia część świąteczno-miłosnego filmu.

Miłość i święta – to fundament każdej z części Listów do M. W tej najnowszej poznajemy dalsze perypetie poznanych już bohaterów, pojawiają się też nowe postaci, tylko Karolak wciąż pozostaje ten sam – w stroju Mikołaja. W każdej świątecznej produkcji Mikołaj musi być i to obowiązkowo. Za sprawą Karolaka mamy Mikołaja łobuza. Na całe szczęście istnieje coś takiego jak magia świąt i to ona sprawia, że nawet łobuz zaczyna robić dobre uczynki, a i do niego dobro zaczyna powoli wracać. Takiego magicznego pyłu, przynoszącego same dobre wiadomości w całym filmie jest dość sporo. Czasem trzeba go strzepać z ramion bo zaczyna przygniatać. Ale czy nie o to chodzi w takich około świątecznych produkcjach? Żeby z każdej strony strumieniami lała się nadzieja, żeby na twarzach wywołać uśmiech, choćby za sprawą historii które wydają się być tak niewiarygodne. I w tym chyba jest cały problem takich filmów. A może raczej nie problem filmów, a naszego społeczeństwa. 


Na co dzień warczymy na siebie, biegamy, nie zwracamy na siebie uwagi. A potem idziemy do kina – oglądamy film, który pokazuje, że prawdziwa miłość może przyjść tak niespodziewanie, że zupełnie obcy dla siebie ludzie, chcą być dla siebie mili. I myślimy, że to przecież niemożliwe, że to niezła bajka, że w prawdziwym życiu tak się nie dzieje. A może problem w tym, że to nie my oglądamy bajkę, tylko sami żyjemy w jakimś śmieszno-strasznym filmie? Sami piszemy sobie scenariusz. A że często jest beznadziejny, pisany tylko smutną prozą, to już nasza zasługa.


Idąc na Listy do M. 3 będziecie się świetnie bawić. Dużo tu dobrego humoru. Jak zwykle najlepszy był dla mnie duet Agnieszki Dygant i Piotra Adamczyka. Genialni w swojej grze aktorskiej, genialni w dialogach. To będzie dobrze spożytkowany czas. Jednak jest taka obawa, że po seansie możecie czuć lekkie mrowienie i swego rodzaju dyskomfort. Bo tak bardzo chciałoby się przekroczyć tę magiczną ekranową linię i żyć w świecie bohaterów produkcji. W świecie, w którym króluje nadzieja, a każda historia kończy się happy endem.


Niech Listy do M. 3 nie będą bajką. Bo przecież nie muszą być. Może spacerując ulicami niekoniecznie wpadniecie na piękną, czerwoną suknię, która spada z nieba i wkrótce niewytłumaczalnymi sposobami przynosi miłość(takie rzeczy dzieją się w filmie), ale może zamiast tego po prostu spotka was coś dobrego.

Warto wybrać się na te produkcję. Na ekranie zobaczymy w końcu same gwiazdy – Borysa Szyca, Magdalenę Różczkę, Wojciecha Malajkata czy Stanisławę Celińską. Grane przez nich postaci nie pozwalają na nudę. I choć za oknem zimno, to idąc do kina niekoniecznie musicie się ciepło ubierać. Scenariusz rozgrzewa, opowiadane historie sprawiają, że na sercu robi się cieplej. I chciałoby się, żeby to ciepło zostało z nami jak najdłużej – nie tylko na święta.


 Marlena

Komentarze

  1. Mam ochotę wybrać się na ten film :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie oglądałam listów do M, Ale lubię świąteczne filmy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo będzie okazja do wielogodzinnych, świątecznych seansów. ;)

      Usuń
  3. Nie widziałam żadnej części, może czas to zmienić ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam traumę po obejrzeniu drugiej części (poszłam na nią dla Malajkata, którego kocham miłością bezgraniczną), więc nie do końca wiedziałam, czy powinnam iść na 3. Ale dzięki Tobie przestałam się bać i jednak spróbuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei lubię Dygant w tym filmie. ! Malajkat też jest! I to w fajnym sweterku. :) Myślę, że traumy nie będzie, choć są momenty, które mogłyby się przyczynić do potrzeby konsultacji z jakimś dobrym lekarzem :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty

Instagram